Pages - Menu

17.03.2014

urologi*, czyli urojone dialogi

- Podoba Ci się Twoja praca?
- Nie. Nie cierpię jej.
- To dlaczego robisz coś, czego nie lubisz, co nie daje Ci satysfakcji?
- Bo podoba mi się, że mi za to płacą. Mało płacą, swoją drogą, ale płacą. Nigdy w życiu nikt nie płacił mi za robienie czegoś, czego nie lubiłam robić. Rodzice nie podnosili mi kieszonkowego za sprzątanie pokoju, pomoc w domu czy na podwórku. Nie dostawałam kasy za siedzenie na fizyce w liceum ani za odrabianie zadań z matematyki. Nikt mnie finansowo nie wynagrodził za napisanie licencjatu, chociaż temat miałam okropny i męczyłam się okrutnie, żeby spłodzić te kilkadziesiąt stron. Za mieszkanie z bandą głupich i mocno imprezowych dziewczyn, co było najgorszym okresem w moim życiu, paradoksalnie to ja musiałam płacić.
Dlatego w pewnym sensie jestem pod wrażeniem, że oto robię coś, od czego mnie odrzuca i otrzymuję za to pensję. Pieniądze to nie wszystko, ale jeśli mam do wyboru przez dwa miesiące, jedyne trzy razy w tygodniu, robić coś i dostać za to kasę, mimo że tego nie lubię, albo siedzieć w domu i zamulać, że chciałabym sobie kupić szpilki na wiosnę, ale nie mam kasy, to zaciskam zęby, uśmiecham się i wykręcam kolejne numery na służbowym telefonie.

______________________________
* urolog - neologizm utworzony przeze mnie na potrzeby tego bloga; kontaminacja słów "urojenie" i "dialog"; na określenie wymyślonych dialogów, które toczę sama ze sobą do momentu, aż zdam sobie sprawę, że to nienormalne (nie mylić z lekarzem, tym od moczu).

15.03.2014

weekendowe przemyślenia

Mój drugi od października weekend, kiedy nie wyjechałam do domu wzbudził chyba pewne zdziwienie wśród współlokatorek.
Zdziwienie uzasadnione przez to, że do tej pory raczej mi się to nie zdarzało, poza tym mam na tyle blisko do domu, że zazwyczaj bardziej opłaca mi się pojechać na łono rodziny i zaczerpnąć domowych zapasów, na których żyję przez kolejne dni, niż siedzieć tu i myśleć, że znowu muszę coś ugotować.
Jednak w ostatnim czasie zwiększyła mi się liczba obowiązków, a i nauki przybyło, więc wyjazdy do domu zaczęły wiązać się z marnowaniem cennego czasu, który mogłabym przeznaczyć na czytanie, czytanie i czytanie i pisanie bądź wymyślanie tematów pracek rocznych, które też będę musiała napisać.
A ja jak widać w przypływie weny, zamiast skierować moje myśli w stronę np. literatury współczesnej, przypomniałam sobie, że kiedyś dawno temu założyłam bloga, na którym chciałam coś pisać.

I piszę sobie właśnie takie dyrdymały, tłumacząc, że to w ramach ćwiczeń stylistyczno-językowo-usprawniającychogólnepisanieme.

Miałam pisać recenzje, ale to wymaga jednak większego wysiłku intelektualnego - może za jakiś czas jednak powrócę do tej myśli. Tymczasem może chociaż małe podsumowanko tego, co od początku roku obejrzałam:

1. Niemożliwe, reż. J. A. Bayona (dobry, ale to jeden z tych filmów, który nie zapadnie mi w pamięć, 7/10)
2. Kołysanka, reż. J. Machulski (o dziwo rozbawił mnie, mimo że na początku bałam się, że nie wytrzymam do końca, 7/10)
3. Sekretne okno, reż. D. Koepp (więcej spodziewałam się po filmie z Deppem, 5/10)
4. Wilk z Wall Street, reż. M. Scorsese (bardzo dobry, aczkolwiek mógłby być trochę krótszy, 8/10)
5. Życie za życie. Maksymilian Kolbe, reż. K. Zanussi (można obejrzeć, 6/10)
6. Ixjana. Z piekła rodem, reż. J. i M. Skolimowscy (całkowita porażka, dodałam jedną gwiazdkę jedynie za bardzo dobrą erotyczną scenę z Dereszowską, 2/10)
7. Last Vegas, reż. J. Turteltaub (przyjemny, 7/10)
8. Bezpieczna przystań, reż. L. Hallström (ogólnie nie przepadam za romansidłami, ale czasem trzeba się trochę odchamić, to było nawet niezłe, 7/10)
9. Now is good - beznadziejne polskie tłumaczenie brzmi: Niech będzie teraz..., reż. O. Parker (mam jakąś dziwną słabość do książek i filmów, w których występuje bohater - zazwyczaj żeński - chory na białaczkę, 8/10)